Bunkry w Kozach – zapomniane historie ukryte między drzewami

Gdy idziemy na spacer po Kozach raczej myślimy o ciszy, widokach i może o czymś dobrym po drodze. Tymczasem w tych okolicach można się potknąć… o historię. Dosłownie. Wystarczy zejść ze szlaku albo skręcić w mniej oczywistą ścieżkę, żeby trafić na betonowy cylinder wystający z ziemi. Niby nic wielkiego, a jednak – to pozostałość po wojnie, która dotarła nawet w te spokojne dziś rejony.

Skąd się tu wzięły bunkry?

Cofnijmy się do 1944 roku. Niemcy zaczęli wtedy gorączkowo przygotowywać się na nadejście Armii Czerwonej. Wymyślili system linii obronnych biegnących z północy na południe Europy, mniej więcej co 100 kilometrów. Oznaczyli je literami od A do E. Nas interesuje linia B, a konkretnie jej fragment – B2. Ten odcinek ciągnął się przez południową Polskę: od Imielina, przez Bielsko-Białą, aż po Żywiec i Zwardoń. I właśnie na jego trasie znalazły się Kozy.

Linia B2 w praktyce

W teorii wszystko wyglądało sensownie: bunkry, okopy, rowy przeciwczołgowe, zasieki z drutu kolczastego. W praktyce – ogrom pracy i sporo improwizacji. Linia w okolicach Kóz biegła głównie na obrzeżach wsi, w stronę Lipnika i Hałcnowa, czyli tam, gdzie teren był bardziej „obronny” – pagórkowaty, zalesiony.

Co ważne, tej linii nie budowali żadni wyspecjalizowani inżynierowie wojskowi. Budowali ją zwykli ludzie. Miejscowi – kobiety, młodzież, czasem nawet dzieci – zmuszani do pracy przez okupanta. Do tego dochodziły grupy przywożone pociągami z okolic Wadowic czy Suchej Beskidzkiej.

Dzień wyglądał prosto: zbiórka, łopata albo kilof do ręki i do roboty. Kopanie okopów, rowów przeciwczołgowych, betonowanie bunkrów. Bez wynagrodzenia. W najlepszym wypadku można było się napić ciemnego piwa z beczki, które – jak wspominają świadkowie – było jedyną „zapłatą” za ciężką pracę.

Jak to wyglądało w terenie?

Z relacji mieszkańców wiadomo, że pierwsza linia okopów ciągnęła się wzdłuż wzgórz – od Krzemionek w stronę Wróblowic, częściowo przez lasy nad Małymi Kozami. Druga biegła niżej, w rejonie Lipnika. Były też rowy przeciwczołgowe i zasieki z drutu kolczastego.

Do dziś w niektórych miejscach można jeszcze zobaczyć zarysy tych umocnień – jeśli wiemy, gdzie i jak patrzeć.

Kochbunkry – małe, ale konkretne

Najbardziej charakterystyczne są jednak tzw. kochbunkry, czyli jednoosobowe schrony. Wyglądają trochę jak betonowe rury wkopane w ziemię. I w zasadzie tym właśnie są.

Prefabrykowane, przywożone na miejsce, wsadzane do dołu i zasypywane. Na dole wejście, u góry otwory strzelnicze. W środku miejsce dla jednego żołnierza z karabinem maszynowym.

Brzmi klaustrofobicznie? Bo takie było. Ale w porównaniu do zwykłego okopu dawało całkiem niezłą ochronę przed odłamkami i ostrzałem.

W samych Kozach zachowało się co najmniej siedem takich obiektów, głównie w rejonie Małych Kóz. W całym odcinku B2 mogło być ich nawet kilkaset.

I co z tego wyszło?

Budowa trwała od lata 1944 aż do początku 1945 roku. Problem w tym, że kiedy Armia Czerwona naprawdę się zbliżyła, cała ta linia nie odegrała większej roli. Front przeszedł dalej, a umocnienia – choć robiące wrażenie na papierze – nie zatrzymały ofensywy.

Co zostało dziś?

Dziś bunkry w Kozach to trochę zapomniane ślady historii. Część z nich zarasta, część znika – bywa, że ktoś je rozbiera albo zasypuje. Niektóre kończą jako… elementy fundamentów.

Ale jeśli mamy trochę ciekawości i chęć do poszperania, wciąż można je znaleźć. Ukryte w lesie, na zboczach, czasem tuż obok ścieżki.

I to chyba w nich jest najciekawsze – że nie stoją za szybą w muzeum. Są tam, gdzie były prawie 80 lat temu. Trochę krzywe, trochę zapomniane, ale nadal na swoim miejscu.

Warto tam zajrzeć?

Jeśli lubimy miejsca z historią – zdecydowanie tak. To nie jest spektakularna atrakcja z tablicami i parkingiem. Raczej coś dla tych, którzy lubią odkrywać.